Wpisy z okresu: 5.2014

 _ICT2283-01Matury trwają, zatem temat jest jak najbardziej aktualny. Okazuje się, że niektóre szkoły średnie pozyskują w czasie matur dodatkowe fundusze. Jest to oczywiście bezprawne
 i nieetyczne, a jednak się dzieje. Oto jaki list otrzymałam:

Witam Pani Kamilo!
Myślę, że jest to sprawa która nadaje się na bloga. :)

       Oto jak poprawia się maturę w prywatnej szkole w Kotlinie Kłodzkiej.
W styczniu postanowiłam poprawić maturę. Grzecznie zadzwoniłam do szkoły, w której maturę zdawałam. Dowiedziałam się, że do 14 lutego trzeba złożyć deklarację oraz wpłacić kwotę w wysokości 100zł.
W rozmowie z panią sekretarką, gdy przyniosłam deklarację wraz z pieniędzmi zaśmiałam się mówiąc „Pani Jadziu, na buty przyniosłam” Sekretarka zmroziła mnie wzrokiem i ze spojrzeniem pełnym pogardy naprostowała mnie, że cała kwota idzie do CKE. Cóż no, mój głupi żart. Przeprosiłam i zapomniałam o sprawie. Dostałam potwierdzenie wpłaty, na którym widnieje „Wpłata za poprawę matury”.
Końcem lutego w rozmowie z kolegą, który też podchodzi do egzaminu raz jeszcze dowiedziałam się, że on nic nie zapłacił przy złożeniu deklaracji. Zdziwiłam się, ale przemilczałam. W rozmowie z drugim kolegą dowiaduję się dokładnie tego samego. Moje zdziwienie jest coraz większe. Nadal się nie buntuję ponieważ myślę sobie, że o 100zł nie warto. A ze szkołą dobrze byłoby się pożegnać w przyjaznych stosunkach. Zapominam o sprawie.
Dokładnie dzień przed maturą dzwoni telefon. Odbieram i tutaj cytat „Jeszcze stówę trzeba dopłacić”.  Nie wiem kto. Nie wiem za co. Więc pytam. Okazuje się że dzwoni pani sekretarka. I że poprawa matury wynosi 100zł od poprawianego przedmiotu.
Nadal ze stoickim spokojem myślę „OK., przecież nie chcemy problemów”. Pani Sekretarka z wielką łaską w głosie pozwoliła mi nie jechać od razu do szkoły tylko przywieźć pieniądze w dniu matury.
Coś mnie tknęło, żeby poszukać jak to jest z opłatami za poprawę egzaminu. Internet milczy.
Na stronie CKE znajduję numer. Dzwonię o tak, z ciekawości. Pytam o opłaty. I Pani
 w telefonie maksymalnie zdziwionym głosem mówi „Przecież to jest darmowa procedura, ale proszę zadzwonić do OKE.”. Dzwonię. Słyszę to samo. Plus wskazówkę, aby sprawdzić
 w umowie cywilno-prawnej lub statucie szkoły. Sprawdzamy razem z kolegą, którego dzień przed maturą poproszono o wpłatę 200zł. Ani słowa o płatnościach. Pani z OKE odsyła nas do kuratorium.
Dzwonimy. Pani w kuratorium jest niemniej zdziwiona co poprzedniczki. Dodatkowo mówi, że jest to niezgodne z prawem,  jeżeli nie ma wzmianki w statucie. Podsuwa nam pomysł złożenia skargi na szkołę… Odmawiamy, chcemy załatwić sprawę polubownie.
Dzwonię do jeszcze jednego kolegi, który również dał się nabrać na jedyną niepowtarzalną promocję – matura za 100zł/przedmiot.
Mówi do mnie „Ty! Ja musiałem zapłacić, jak mnie sekretarka złapała na schodach i powiedziała, że mnie nie wpuści na salę. Miałem przy sobie tylko 100zł. Powiedziałem, że resztę doniosę. Ona jest taka kochana” Mina chyba mu zrzedła jak oznajmiłam, że żadnych pieniędzy nie musi płacić.
W dniu matury, o 8 rano, stajemy pod drzwiami dyrektorki. łaskawie „ma dla nas sekundkę bo zaraz matura” – jakbyśmy nie wiedzieli.
Grzecznie pytam jak to jest z opłatami… „no 100zł za przedmiot” – słyszę. Drążę temat.
„A czemu jak składałam deklarację było tylko 100zł ?”.” Niedopatrzenie” – zostałam skwitowana. Pytam :” Czy mogę zobaczyć dokument, na podstawie którego mam wpłacić pieniądze ?”  Dokumentu nie ma. Pojawia się za to przystojny pan, który mówi, że dokument jest zarządu, a on może nam wpłatę rozłożyć na raty. Krew mnie zalała.
Padają hasła, ze zarząd nie wiedział, że to musi być widoczne, że w takim razie finansowanie wycieczek też powinno być w statucie. Pokazuje potwierdzenie wpłaty z lutego, że tutaj mam wpisane, że to cała opłata. Słyszę, że pani sekretarka się pomyliła. Dobrze pamiętam jak wypełniałam deklarację, jeszcze przy pomocy pani dyrektor i w obecności sekretarki.
Spytałam czy to całość kwoty… usłyszałam, że tak. Dostałam potwierdzenie… 4 miesiące później, gdy już jestem pod ścianą okazuje się, że wcale nie. Gdybym wiedziała złożyłabym wniosek do innej szkoły (bo od pani w kuratorium wiem, że jest taka możliwość) i  że chętnie przyjmują uczniów bo… dostają na to pieniądze z CKE…!!!!!
Stałabym tam do dzisiaj gdyby nie to, że o 9 siadałam pisać maturę.
Dokumentu nie widzieliśmy. Na słowa, że pani w kuratorium powiedziała, że można napisać skargę dyrekcja z ordynarnym uśmiechem mówi „To piszcie”. Po wyjściu z sekretariatu wszyscy na nas obrażeni, a najbardziej sekretarka. Nawet nie była w stanie odpowiedzieć nam „do widzenia”.
Na następny dzień wysłałam mamę do szkoły z zaprzyjaźnioną prawniczką. W szkole niestety nie można było porozmawiać z nikim kompetentnym, bo nikt nie miał czasu.

Pani Kamilo, pozdrawiam bardzo serdecznie.
Mam nadzieję, że następni nie będą tacy naiwni.
Zresztą w tej szkole dziwne rzeczy się dzieją, w zeszłym roku pani dyrektor nie pozwoliła pisać koleżance rozszerzenia z angielskiego ( ponieważ dostała słaby stopień z ostatniej kartkówki) po czym namówiła ją do wykreślenia tego przedmiotu z deklaracji….

Maturzystka
PS. Dzisiaj już jestem po maturach i kamień z serca. Wrócę tylko 27 po wyniki.
Ogólnie w szkole zostaliśmy przywitani jak intruzi. Na nasze „dzień dobry”
nikt nie odpowiada. Spoglądają na nas z pogardą i szepcą za plecami, że jesteśmy rozpieszczeni i jakim prawem mamy jakieś roszczenia.
Oczywiście w twarz nikt nam tego nie powie. Za plecami w sekretariacie dużo łatwiej…

Droga Maturzystko!  Ta sprawa pachnie kryminałem, to wszystko wygląda jak wierzchołek góry lodowej – kto wie co się pod nią kryje? Komentarze pozostawiam  Państwu.
Pozdrawiam!
Kama 


http://www.facebook.com/PanoptikumBlogosobliwosci

 file000303654817Zadzwonił do mnie kolega, prosto z Polanicy –Zdroju.
- Opisz to, Kamila, bo to albo na bloga się nadaje, albo do gazet.
- Opiszę, nie ma sprawy, tylko co to będzie?
- To posłuchaj – westchnął dramatycznie mój kolega z dolnośląskiego, Marek.
Posłuchałam.
- Wiesz, że mam osteoporozę? Prawda, wiesz. Znowu się połamałem, na szczęście to mały palec u ręki, więc nie zmartwiłem się zbytnio. Pojechałem prosto do szpitala w Polanicy. Mogłem do Kłodzka, ale coś mnie podkusiło… Pan chirurg palec prześwietlił, usztywnił i kazał zgłosić się za tydzień.
- Bo wie pan, to trzeba za kilka dni koniecznie obejrzeć.
Dobra, myślę, trzeba to trzeba. W domu pomyślałem, że dobrze byłoby zadzwonić
 i zarejestrować się na ten przyszły tydzień, bo nigdy nie wiadomo. Dzwonię, wyłuszczam sprawę i słyszę:
- Nie ma mowy, proszę pana, najszybciej za dwa tygodnie, to i tak bardzo szybki termin!
- Ale doktor mówił, że to nie wygląda dobrze i koniecznie mam przyjść za tydzień. W dodatku mam osteoporozę, to trzecie złamanie w tym roku – zmusiłem się, aby mój ton był błagalny.
- Nie ma mowy – panienka się zacięła czy jak?
- Dobrze – spasowałem. – To proszę za dwa tygodnie.

Pojechałem jednak za tydzień, mając nadzieję, że doktor pamięta o wizycie za tydzień.
Pojechałem. Poczekalnia pusta aż miło! Niestety … doktor może i pamiętał, ale że nie byłem zarejestrowany zwyczajnie mnie wyrzucił. Odczekałem kolejny tydzień i zarejestrowany grzecznie ustawiłem się w kolejce.
Doktor obejrzał jeszcze raz prześwietlenie, zadumał się i rzekł co następuje:
- Proszę pana … tutaj potrzebna jest operacja, ale na to – spojrzał wymownie na mój palec – już trochę za późno …
- Z drugiej strony – kontynuował niezrażony moim wyrazem twarzy – mały palec służy tylko do grzebania w uchu. Potrzebne to panu?
Wciąż osłupiały opuściłem gabinet i na autopilocie dotarłem do domu. No właśnie, myślałem, po co mi sprawny palec? Niech sobie odstaje, niech się nie zgina, co mi tam. Mam ich jeszcze 9!
- Mareczku, przyjmij wyrazy współczucia, ale dlaczego do licha nie pojechałeś do Kłodzka?  – spytałam.
- Bo wszyscy jadą do Polanicy – westchnął Marek – Opiszesz?
- Opiszę, pewnie, nie obraź się jak nie będzie słowo w słowo, ale to o grzebaniu w uchu zapamiętałam dobrze. Trzymaj się, kolego!
- Tak, tak, oczywiście – stęknął Marek. – dzięki za wysłuchanie, Kama.

Zgodnie z prośbą – opisuję. Naprawdę współczuję Markowi, poprzednie dwa złamania nogi uziemiły go w domu na rok. Teraz przynajmniej może chodzić. Co tam palec!

Pozdrawiam!
Kama
http://www.facebook.com/PanoptikumBlogosobliwosci

file5121254810317- Dlaczego nie odbierasz telefonu? – pytam koleżankę Basię – Byłyśmy przecież umówione, że przyjedziesz! Gdzie jesteś? – niecierpliwię się.
- W domu, kochana, już w domu. Wszystko przez torebkę – westchnęła. – Jak ci opowiem …
I opowiedziała.
- Poszłam wczoraj na imprezę do znajomych, było nam mało wrażeń, więc poszliśmy do „Czarnego Łabędzia” na drinka. Nieoczekiwanie dobił do nas mój chłopak z kolegą. Po kolejnym drinku, mój chłopak, Rysiek, zaczął się kłócić z Krzyśkiem. Wnerwiony Rysiek wybiegł z knajpy, a że było już późno, prawie pierwsza w nocy, wybiegłam za nim, żeby dowiedzieć się o co poszło. Rozmawiałam ze wzburzonym Ryszardem jakiś czas, po czym namówiłam go na powrót do towarzystwa. O dziwo, znajomych już nie było. Pytam kelnera. Ten mi odpowiada, że wyszli przed kilkoma minutami.
- A moja torebka?! – zdenerwowałam się.
- Torebkę wzięła pani Mirka – spokojnie odpowiedział kelner.
No tak, myślę, tylko gdzie jest Mirka. Umowa była, że śpi u mnie. No nic, trzeba iść do Mirki, odebrać torebkę z kluczami, telefonem, dokumentami. Rysiek niezbyt chętnie, ale poszedł ze mną (3 km). Dzwonię domofonem. Cisza. Głupio mi było, ale zadzwoniłam na domofon jej teścia, który mieszka obok. Przeprosiłam pięknie, w końcu dochodziła druga. Jednakże Mirki w domu nie było.
- Dawaj telefon, Rysiu. Muszę zadzwonić do kogoś, kto ma jej numer – sapnęłam zrezygnowana.
 Do głowy przyszła mi tylko Krysia. Zadzwoniłam. Przeprosiłam Krysię, po czym uzyskałam numer Mirki. Dzwonię, ale ten cholerny, dotykowy telefon Rysia mnie nie słucha. Co rusz ktoś z listy jego telefonów odbiera i jest bardzo zdziwiony. W końcu dodzwoniłam się.
- Masz moja torebkę? – pytam błagalnie.
- Nie mam – grzecznie odpowiada Mirka.
- A gdzie jesteś? – syczę.
- Idę do domu – bełkocze Mirka.
Rozłączyłam się i myślę. No nic, trzeba wracać do Łabędzia, może ta torebka gdzieś tam jest.
Idziemy, nogi mnie bolą, spać się chce. Zostawiłam Rysia na ławce w pobliskim parku. Okazało się, że jednak mojej torebki w Łabędziu nie ma. Wracam po Rysia. Rysia wcięło. No to pięknie, myślę, zostałam bez kluczy od mieszkania, z telefonem mojego chłopaka. Dzwonię na jego domowy telefon. Może wrócił do domu? Z facetami nigdy nie wiadomo. Odbiera jego mama. Znów grzecznie przepraszam za tak późny telefon. Rany, co ludzie o mnie pomyślą? Okazuje się, że Rysia nie ma. Idę  jednak pod jego dom, nóg już nie czuję. Jednakże w jego oknach panuje ciemność. Pokręciłam się po parku, nagle za plecami słyszę głos:
- Gdzieś ty była?! – to Rysio –Wszędzie Cię szukam, czekam pod blokiem, a Ciebie wcięło, oszalałaś?!
- Byłam w Łabędziu szukać torebki – wyjąkałam zaskoczona. – Po jaką cholerę lazłeś pod mój blok. Całkiem cię zamroczyło?! – Czułam jak rośnie mi ciśnienie. Rysio już się nie odzywał. Postanowiłam zadzwonić do Mirki jeszcze raz.
- Kelner mówi, że na pewno masz moją torebkę – warknęłam.
- A mam, mam, oczywiście – rozchmurzyła się Mirka.
- Mówiłaś, że nie masz…
- Ale już mam! – zaćwierkała moja przyjaciółka.
Okazało się, że Mireczka postanowiła wrócić do domu taksówką. Siedziała na postoju kilka minut, a że nic nie przyjechało – poszła pieszo. Wtedy właśnie odebrała pierwszy telefon ode mnie i zorientowała się, że moja torebka została na postoju. Nagle otrzeźwiała Mirka puściła się biegiem na postój i – całe szczęście – znalazła moją torebkę  nietkniętą.
- Ja więcej nigdzie nie idę – zapowiedział Rysio – Nogi mi włażą ….
- Dobra – mówię – Śpię u ciebie. – Idę spać do Ryśka – rzuciłam do słuchawki. Trzymaj moją torebkę do jutra Mirka, pa! – Rozłączyłam się. Poszliśmy do Rysia. Oczywiście jego mama obudziła się i powitała nas w progu. Znów grzecznie przeprosiłam. Rany, ile ja się tej nocy naprzepraszałam!
- I widzisz, Kamila, dlatego nie odbierałam do południa telefonu – zakończyła Basia.
- No to rzeczywiście, niezła noc, Baśka – podsumowałam.- Historia niczym ze starych felietonów Stefanii Grodzieńskiej. W każdym razie przyjeżdżaj!
- To dlatego, że ta torebka była bez paska – skwitowała Basia. – Najgorsze, co powie Rysiek, kiedy zobaczy ilu  znajomych zbudziłam jego telefonem…

Historia jest jak najbardziej prawdziwa!
Kama
http://www.facebook.com/PanoptikumBlogosobliwosci

Powered by WordPress Web Design by SRS Solutions © 2017 panoptikum-blogosobliwosci Design by SRS Solutions

  • RSS